
Liturgia dnia
Video
Komentarz video
Skrzynka intencji
Prześlij nam swoją intencję, w której chcesz abyśmy się modlili:

Felietony
Zwykłe drogi?
2010-01-27

Nie wierzę w zwykłe drogi. Na każdej ludzkiej, zwykłej drodze staje Bóg i dlatego każda z dróg ma w sobie coś niezwykłego. Staje Bóg, jakby przypadkowo i mimochodem zadaje mało znaczące pytanie: „Tadek, no i co z tobą?”
Tadka poznałem w szpitalu, rozmawialiśmy może przez godzinę. Zaprzyjaźniliśmy się na wieczność. Podarował mi też kilka kolejnych godzin, kiedy był już nieprzytomny i definitywnie żegnał się z doczesnością.
Leżę w białym szpitalnym łóżku i nic mnie nie boli… lekarze próbują zdiagnozować poziom cukru i coś z nim zrobić, żeby nie był aż tak słodki. Obok słyszę ludzkie jęki, odgłosy bólu, przemieszane z rozpaczliwymi szeptami, może są to już tylko myśli, resztki marzeń wypełnionych nadzieją o wyjściu z choroby i bólu, o powrocie do odchodzącego świata, chociaż był taki trudny i skomplikowany.
Nie zdążyłem wrócić od rentgena, a mój sąsiad, który leżał obok, niezauważony wymknął się z doczesności. Siostry pielęgniarki włożyły go do czarnego, plastikowego worka i odwiozły do poczekalni ciał, a mnie pozostało beznadziejne echo ostatniej nocy - wyrzucanego resztką sił, gdzieś z wnętrza ludzkiej samotności wołania: „Martá!”, z akcentem na ostatniej sylabie. Później dowiedziałem się, że pan Wilhelm, to nasz parafianin, kilka tygodni wcześniej odwiedziłem go kolędowo w Dzierżysławicach. Tu go nie rozpoznałem. Wymknął się z doczesności, ale miłosierny Pan zaopatrzył go na ostatnią drogę jeszcze w domu poprzez posługę o. Józefa. Pozwolił mu więc wymknąć się mojej posłudze niezauważenie, o czym wtedy nie wiedziałem, że nie była konieczna. Zastanawiałem się, dlaczego umierający Wilhelm nie wołał Jezusa, jak Bartymeusz u bram Jerycha, tylko swoją żonę Martę. Nie pomyślałem, że może jedynie chciał się z nią pożegnać, delikatnie prowadzony za rękę przez swojego anioła stróża ku bramom nieba. Niezgłębiona jest tajemnica ludzkiego umierania.
Tego samego dnia, kiedy odszedł mój sąsiad, poznałem Tadka. Wezwała mnie jego siostra i szwagier, trwający przy nim z różańcami w ręku i łzami w oczach. Stanąłem na progu sali, a leżący po jej przeciwnej stronie Tadek śmiał się do mnie, a ja do niego, jakbyśmy się doskonale znali od niepamiętnych czasów. Podszedłem do niego i mówię: „Tadek, witaj, szczęść Boże!”, a on patrzy na mnie radosnymi oczyma i odpowiada: „Kiedy myśmy się ostatni raz widzieli?” A widzieliśmy się pierwszy raz w życiu. Tadek, uśmiechnięty, zaczął wspominać i opowiadać rozmaite odległe w czasie wydarzenia, a ja mu przerywam: „No, wiesz Tadek, pora się brać, wieczność - wydaje mi się - pierwsza przyjdzie do ciebie. Trzebaby jeszcze parę spraw załatwić i zamknąć przeszłość, skoro pozostała już tylko przyszłość. A wiesz, że Jezus patrzy na ciebie z miłością i uśmiecha się?” Tadek odpowiada, trochę wymijająco: „No tak, wiem, ale… wiesz…?” I rozmowa dalej się potoczyła. Nie nalegałem: „Przemyśl te twoje trudne sprawy, o których mówiliśmy, bo nie ma już czasu. Jutro przyjdę do ciebie, ale pamiętaj, bądź gotowy”. Niecały rok temu dopadło Tadka kilku zbirów, głowę mu rozwalili jakimś żelastwem, połamali żebra, skopali, uszkodzili wszystkie narządy wewnętrzne. Ostatnie miesiące życia były dla niego już jednym pasmem cierpienia. Mimo to pozostały mu szczere, radosne i uśmiechnięte oczy, patrzące gdzieś przeze mnie w odległą przeszłość, a może już w przyszłość? „Będę czekał!” – odpowiedział mi, umówiliśmy się na spotkanie. I spotkaliśmy się jeszcze raz, ale Tadek był już nieprzytomny: „Tadek, słyszysz mnie? Oj, jak daleko już zaszedłeś, za Tobą wyraźnie widać wieczność, ja jeszcze tu zostanę, słyszysz mnie? Pamiętasz o co cię wczoraj prosiłem? To jest tajemnica twojej spowiedzi. Ale jesteś zmordowany, jakże pokiereszowane jest to twoje ciało! Tadek, ale jesteś podobny do Jezusa, gdy oprawcy ciągnęli Go z krzyżem na Golgotę! … I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Wytrzymasz jeszcze trochę, wytrzymaj?! Namaszczę cię… olejem świętym.” Nie odpowiedział, ale wytrzymał. O. Józef dowiózł z Mochowa oleje święte, pół godziny po namaszczeniu Tadek odszedł do wieczności. To jego umieranie odbywało się przy pełnych nadziei słowach: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo …”. Nie wierzę w zwykłe drogi, na których miłosierny Bóg pozostawia człowieka samotnym. W piątek odprawiłem za Tadka Mszę św. o Bożym Miłosierdziu w szpitalnej kaplicy, a w sobotę przyszli do szpitala radośni siostra i szwagier zmarłego, aby powiedzieć: „Jak Tadek pięknie wyglądał w trumnie, jego oblicze było jasne i piękne jak nigdy.”
Pół godziny po Tadku odeszła w niebieskie przestworza leżąca obok 80-letnia staruszka o jasnym, anielskim obliczu. Była prawdziwie piękna. Pobłogosławiłem ją kiedy jeszcze żyła. Może podarowała Tadkowi trochę ze swej świętości?
W kolejnym dniu, późnym wieczorem odszedł Jerzy. Jego syn i żona przyszli z błagalną prośbą, aby mu pomóc. Mówić już nie potrafił, ale jego wielkie oczy reagowały na to, co do niego mówiłem, chłonął każde słowo. Kiedy przyjął Wiatyk, było widać radość na jego twarzy, wiedział, że odchodzi w ramiona kochającego Ojca. Niezwykłe było to spotkanie z Jerzym; uświadomiłem sobie wówczas, że dobry Bóg przygotował jego ostatnią drogę w każdym szczególe. Ta zwykła droga była bardzo niezwykłą, a wszystko zaczęło się od mojego cukru w nadmiarze.
Och, Matko z mochowskiej Łąki, ileż dylematów i trudnych spraw wciąż jest do załatwienia... A Twoja Łąka musi dziś pięknie wyglądać. 20-stopniowy mróz i bezchmurne niebo… Przekrystalizowane płatki śniegu zamieniły się w kryształy lodu i lśnią w promieniach słońca, które wreszcie dzisiaj rozjaśniło Twoją śnieżno-lodową ostoję nad Osobłogą. Zadumałaś się? To prawda, trudne jest Twoje królowanie na ziemi. Na rozmaite łąki ludzkiego życia patrzysz z miłością, ale też z niepokojem i smutkiem. W rozmaitych królestwach, gdzie kiedyś wybrano Cię królową, za dużo bólu, cierpienia i grzechu. Gmatwają ludzie swoje drogi, nie chcą na nich dostrzec Bożych śladów i Bożej obecności. A Bóg do każdego wychodzi na spotkanie, nawet w ostatniej godzinie życia, nawet gdy swoje drogi bardzo poplątał. Dla tej czwórki z prudnickiego szpitala Bóg był bardzo łaskawy i pełen miłosierdzia.
Kiedy, Matko, sprawowałem Mszę św. za Tadka i kiedy w obfitości Bożym Miłosierdziem wypełniona była szpitalna kaplica, wtedy do mojej sali przyfrunął anioł, gdzieś z pobliża Twojej Łąki. Usiadł na skraju łóżka i w pośpiechu nabazgrał list, a każde dobre i piękne słowo błyszczało w nim jak lodowy brylant na zimowej łące. Podziękuj Matko temu aniołowi, gdy przykucnąwszy za organami mochowskiego kościoła grać będzie na Twoją cześć ostatnią w tym roku kolędę o Maluśkim, który jest naszą jedyną nadzieją, miłością i szansą.
Z Łąki Matki Bożej, poszerzonej o rozświetloną słońcem szpitalną salę, radosne pozdrowienia przesyła
o. Ludwik.
Tadka poznałem w szpitalu, rozmawialiśmy może przez godzinę. Zaprzyjaźniliśmy się na wieczność. Podarował mi też kilka kolejnych godzin, kiedy był już nieprzytomny i definitywnie żegnał się z doczesnością.
Leżę w białym szpitalnym łóżku i nic mnie nie boli… lekarze próbują zdiagnozować poziom cukru i coś z nim zrobić, żeby nie był aż tak słodki. Obok słyszę ludzkie jęki, odgłosy bólu, przemieszane z rozpaczliwymi szeptami, może są to już tylko myśli, resztki marzeń wypełnionych nadzieją o wyjściu z choroby i bólu, o powrocie do odchodzącego świata, chociaż był taki trudny i skomplikowany.
Nie zdążyłem wrócić od rentgena, a mój sąsiad, który leżał obok, niezauważony wymknął się z doczesności. Siostry pielęgniarki włożyły go do czarnego, plastikowego worka i odwiozły do poczekalni ciał, a mnie pozostało beznadziejne echo ostatniej nocy - wyrzucanego resztką sił, gdzieś z wnętrza ludzkiej samotności wołania: „Martá!”, z akcentem na ostatniej sylabie. Później dowiedziałem się, że pan Wilhelm, to nasz parafianin, kilka tygodni wcześniej odwiedziłem go kolędowo w Dzierżysławicach. Tu go nie rozpoznałem. Wymknął się z doczesności, ale miłosierny Pan zaopatrzył go na ostatnią drogę jeszcze w domu poprzez posługę o. Józefa. Pozwolił mu więc wymknąć się mojej posłudze niezauważenie, o czym wtedy nie wiedziałem, że nie była konieczna. Zastanawiałem się, dlaczego umierający Wilhelm nie wołał Jezusa, jak Bartymeusz u bram Jerycha, tylko swoją żonę Martę. Nie pomyślałem, że może jedynie chciał się z nią pożegnać, delikatnie prowadzony za rękę przez swojego anioła stróża ku bramom nieba. Niezgłębiona jest tajemnica ludzkiego umierania.
Tego samego dnia, kiedy odszedł mój sąsiad, poznałem Tadka. Wezwała mnie jego siostra i szwagier, trwający przy nim z różańcami w ręku i łzami w oczach. Stanąłem na progu sali, a leżący po jej przeciwnej stronie Tadek śmiał się do mnie, a ja do niego, jakbyśmy się doskonale znali od niepamiętnych czasów. Podszedłem do niego i mówię: „Tadek, witaj, szczęść Boże!”, a on patrzy na mnie radosnymi oczyma i odpowiada: „Kiedy myśmy się ostatni raz widzieli?” A widzieliśmy się pierwszy raz w życiu. Tadek, uśmiechnięty, zaczął wspominać i opowiadać rozmaite odległe w czasie wydarzenia, a ja mu przerywam: „No, wiesz Tadek, pora się brać, wieczność - wydaje mi się - pierwsza przyjdzie do ciebie. Trzebaby jeszcze parę spraw załatwić i zamknąć przeszłość, skoro pozostała już tylko przyszłość. A wiesz, że Jezus patrzy na ciebie z miłością i uśmiecha się?” Tadek odpowiada, trochę wymijająco: „No tak, wiem, ale… wiesz…?” I rozmowa dalej się potoczyła. Nie nalegałem: „Przemyśl te twoje trudne sprawy, o których mówiliśmy, bo nie ma już czasu. Jutro przyjdę do ciebie, ale pamiętaj, bądź gotowy”. Niecały rok temu dopadło Tadka kilku zbirów, głowę mu rozwalili jakimś żelastwem, połamali żebra, skopali, uszkodzili wszystkie narządy wewnętrzne. Ostatnie miesiące życia były dla niego już jednym pasmem cierpienia. Mimo to pozostały mu szczere, radosne i uśmiechnięte oczy, patrzące gdzieś przeze mnie w odległą przeszłość, a może już w przyszłość? „Będę czekał!” – odpowiedział mi, umówiliśmy się na spotkanie. I spotkaliśmy się jeszcze raz, ale Tadek był już nieprzytomny: „Tadek, słyszysz mnie? Oj, jak daleko już zaszedłeś, za Tobą wyraźnie widać wieczność, ja jeszcze tu zostanę, słyszysz mnie? Pamiętasz o co cię wczoraj prosiłem? To jest tajemnica twojej spowiedzi. Ale jesteś zmordowany, jakże pokiereszowane jest to twoje ciało! Tadek, ale jesteś podobny do Jezusa, gdy oprawcy ciągnęli Go z krzyżem na Golgotę! … I ja odpuszczam tobie grzechy w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Wytrzymasz jeszcze trochę, wytrzymaj?! Namaszczę cię… olejem świętym.” Nie odpowiedział, ale wytrzymał. O. Józef dowiózł z Mochowa oleje święte, pół godziny po namaszczeniu Tadek odszedł do wieczności. To jego umieranie odbywało się przy pełnych nadziei słowach: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo …”. Nie wierzę w zwykłe drogi, na których miłosierny Bóg pozostawia człowieka samotnym. W piątek odprawiłem za Tadka Mszę św. o Bożym Miłosierdziu w szpitalnej kaplicy, a w sobotę przyszli do szpitala radośni siostra i szwagier zmarłego, aby powiedzieć: „Jak Tadek pięknie wyglądał w trumnie, jego oblicze było jasne i piękne jak nigdy.”
Pół godziny po Tadku odeszła w niebieskie przestworza leżąca obok 80-letnia staruszka o jasnym, anielskim obliczu. Była prawdziwie piękna. Pobłogosławiłem ją kiedy jeszcze żyła. Może podarowała Tadkowi trochę ze swej świętości?
W kolejnym dniu, późnym wieczorem odszedł Jerzy. Jego syn i żona przyszli z błagalną prośbą, aby mu pomóc. Mówić już nie potrafił, ale jego wielkie oczy reagowały na to, co do niego mówiłem, chłonął każde słowo. Kiedy przyjął Wiatyk, było widać radość na jego twarzy, wiedział, że odchodzi w ramiona kochającego Ojca. Niezwykłe było to spotkanie z Jerzym; uświadomiłem sobie wówczas, że dobry Bóg przygotował jego ostatnią drogę w każdym szczególe. Ta zwykła droga była bardzo niezwykłą, a wszystko zaczęło się od mojego cukru w nadmiarze.
Och, Matko z mochowskiej Łąki, ileż dylematów i trudnych spraw wciąż jest do załatwienia... A Twoja Łąka musi dziś pięknie wyglądać. 20-stopniowy mróz i bezchmurne niebo… Przekrystalizowane płatki śniegu zamieniły się w kryształy lodu i lśnią w promieniach słońca, które wreszcie dzisiaj rozjaśniło Twoją śnieżno-lodową ostoję nad Osobłogą. Zadumałaś się? To prawda, trudne jest Twoje królowanie na ziemi. Na rozmaite łąki ludzkiego życia patrzysz z miłością, ale też z niepokojem i smutkiem. W rozmaitych królestwach, gdzie kiedyś wybrano Cię królową, za dużo bólu, cierpienia i grzechu. Gmatwają ludzie swoje drogi, nie chcą na nich dostrzec Bożych śladów i Bożej obecności. A Bóg do każdego wychodzi na spotkanie, nawet w ostatniej godzinie życia, nawet gdy swoje drogi bardzo poplątał. Dla tej czwórki z prudnickiego szpitala Bóg był bardzo łaskawy i pełen miłosierdzia.
Kiedy, Matko, sprawowałem Mszę św. za Tadka i kiedy w obfitości Bożym Miłosierdziem wypełniona była szpitalna kaplica, wtedy do mojej sali przyfrunął anioł, gdzieś z pobliża Twojej Łąki. Usiadł na skraju łóżka i w pośpiechu nabazgrał list, a każde dobre i piękne słowo błyszczało w nim jak lodowy brylant na zimowej łące. Podziękuj Matko temu aniołowi, gdy przykucnąwszy za organami mochowskiego kościoła grać będzie na Twoją cześć ostatnią w tym roku kolędę o Maluśkim, który jest naszą jedyną nadzieją, miłością i szansą.
Z Łąki Matki Bożej, poszerzonej o rozświetloną słońcem szpitalną salę, radosne pozdrowienia przesyła
o. Ludwik.


